Święto kultury i tożsamości, czyli dzień narodowy Saamów. Jak wyrażali siebie w sztuce i rzemiośle?
6 lutego Saamowie, liczący kilkadziesiąt tysięcy osób, rdzenny lud Północy zamieszkujący tereny Norwegii, Szwecji, Finlandii i Rosji, obchodzi święto narodowe. Datę tę wybrano dla upamiętnienia pierwszego zgromadzenia, które odbyło się w Tråante (obecnie Trondheim) w 1917 r. Mówi się, że właśnie tego dnia „Saamowie po raz pierwszy obudzili się, aby współpracować jako jeden naród”.
W społeczności Saamów długo prym wiodła duodji – sztuka użytkowa.
stock.adobe.com/licencja standardowa
Ich ojczyzna, Sápmi, to obszary transgraniczne, cechująca się surowym pięknem sceneria życia, w przeszłości wiążącego się z wielkim wysiłkiem mającym na celu przetrwanie mimo przeciwności losu – po części naturalnych, ale też związanych z systemową dyskryminacją Saamów podejmowaną przez państwa, na których terytorium mieszkali.
Długa walka o tożsamość
Współcześnie Saamowie na terenach trzech z czterech państw, w których żyją, mają swoje organy polityczne w postaci saamskich parlamentów. Ich siedziby to Karasjok w Norwegii, Kiruna w Szwecji i Inari w Finlandii. Poza tym mogą swobodnie mówić swoimi językami, przywdziewać strój narodowy czy wykonywać joik, tradycyjny saamski śpiew (często bez słów). 6 lutego w wielu miejscach Północy dumnie powiewa saamska flaga. Okrąg umieszczony na jej środku ma oznaczać ciągłość trwania. Dwa kolory okręgu również mają znaczenie. Czerwony symbolizuje tutaj słońce, a niebieski – księżyc. Zielony odsyła do natury, z którą Saamowie są nierozerwalnie związani, natomiast żółty symbolizuje słońce.
Ale nie zawsze było tak kolorowo i spokojnie.
Przykłady walki z kulturą saamską – której tradycyjnymi elementami były między innymi wierzenia animistyczne i szamanizm – Moja Norwegia prezentowała
>>>tu , a dzieje niezgody na ucisk, której wyrazem były na przykład rebelia w Kautokeino (rok 1852) czy protesty przeciwko utrudniającej wypas reniferów budowie elektrowni wodnej na rzece Alta (przełom lat 70. i 80. ubiegłego wieku) – tu:
Można wiele o nich mówić, ale co mówili sami o sobie i o Sápmi, swojej ojczyźnie – poprzez dzieła sztuki?
Na początku było rękodzieło
W społeczności Saamów długo prym wiodła duodji – sztuka użytkowa. Wśród jej wytworów znajdziemy na przykład noże z bogato zdobionymi rękojeściami czy pojemniczki na sól inkrustowane kawałkami poroża renifera.
flickr.com/ Sámediggi Sametinget/ https://creativecommons.org/licenses/by/2.0/
Była to więc sztuka spleciona z potrzebami życia. Przetrwała do dziś, można się jej i o niej uczyć nawet na poziomie studiów doktoranckich, z tym że obecnie jej aspekt użytkowy jest dużo mniej istotny niż artystyczny.
Saamska sztuka przed stu laty – Norwegia
Twórczość saamska się na duodji nie kończy. Istnieje również dáidda, czyli sztuka współczesna, inspirowana wpływami z zewnątrz. Jednym z jej przedstawicieli żyjących na terenie Norwegii był John Savio (1902-1938). To syn Pera Savio, polarnika, który zasłynął jako jeden z dwóch pierwszych ludzi nocujących na Antarktydzie.
John Savio stracił rodziców bardzo wcześnie i w dramatycznych okolicznościach. Jego matka zmarła na gruźlicę, gdy miał 3 lata. Niedługo potem zginął też ojciec, rozbił się i utonął, płynąc po trumnę żony. Ich syn żył krótko i umarł w biedzie, a na jego pogrzeb przyszła tylko jedna osoba. Na szczęście zaczął tworzyć bardzo wcześnie – podobno pierwszy zachowany do dziś obrazek renifera narysował w wieku czterech lat… w Biblii swojej babci.
Dziś pamiętany jest zwłaszcza przez wzgląd na swoje drzeworyty. W dziełach Johna Savio widać zmagania człowieka z naturą. Tu widzimy motyw często powtarzający się w twórczości tego artysty,
zwierzęta w ruchu łapane na lasso.
Artysta ukazywał też zmagania człowieka z samym sobą oraz z bliźnimi, jak w przypadku tej (ubranej w gákti, czyli tradycyjny saamski strój) pary, dwojga ludzi naznaczonych rozpaczą:
Chłopak i dziewczyna, John SavioNasjonalmuseet/publicdomain
Miejsce na kod JS i HTML
Zdarzało mu się jednak tworzyć też mniej nasycone gwałtowną ekspresją dzieła, choćby Środowisko. Tu Sápmi wydaje się nieco bardziej harmonijną, przyjaźniejszą krainą, miejscem opartego na współpracy współistnienia ludzi, reniferów i psów:
Miljø/ŚrodowiskoNasjonalmuseet/public domain
A za szwedzką granicą
Również na terenie Szwecji żył w podobnym czasie saamski artysta o bardzo ciekawej biografii, Nils Nilsson Skum (1872-1951). Sztuką zaczął się na poważnie zajmować już w dojrzałym wieku, po tym, jak padło wiele spośród jego reniferów. Żył w malutkiej wiosce, a mimo to już za życia Skuma jego dzieła pokazano na wystawie w Paryżu. Ponadto w dużej mierze po to, by fani mogli go odwiedzać, a on sam – uczestniczyć w krajowym i zagranicznym życiu artystycznym, szwedzkie państwo stworzyło w okolicach jego domu stację kolejową.
Artysta posługiwał się głównie kredkami, a renifery również stanowiły częsty motyw jego twórczości. Tu widzimy, jak mały jest człowiek wobec ich stada:
Bliskie (i w tym akurat przypadku mocno niepokojące) związki świata ludzi ze światem przyrody widać też we
Wronach (sam. Garjját, szw. Kråkene) współczesnej szwedzko-saamskiej artystki Britty Marakkat-Labby. Ta twórczyni pokazuje saamską codzienność w ważnych dla niej kontekstach, do których należą między innymi feminizm, ekologia i klimat.
Wyhaftowane ptaki zlatują z nieba ku ziemi, zbliżają się do ludzi i… zmieniają w nich, a następnie w szeregu zdążają ku siedzącym przy tradycyjnych namiotach (lavvu) Saamom. Ci wrono-ludzie to policjanci, którzy przybyli usunąć Saamów z tego miejsca siłą. Widać, jak się kłębią i atakują.
Dzieło to powstało w 1981 roku i stanowiło artystyczny wyraz protestu przeciwko budowie zapory na rzece Alta. To świetny przykład pokazujący, jak tego typu demonstracje budowały saamską tożsamość zbiorową.
A Sami in the city
Saamska sztuka to nie tylko motywy tradycyjne czy związane z naturą. Myśląc o Saamach, nie można zamykać ich w etnograficznym czasie teraźniejszym i egzotyzować. Wedle słów Anny Nacher i Marka Styczyńskiego, którzy w książce Vággi várri. W tundrze Samów opisali swoje wędrówki po północnej Szwecji, „uśmiechamy się znowu na myśl o tym, jak często podczas prezentacji zdjęć z naszych trekkingów ludzie pytają nas, czy spotkaliśmy “prawdziwych” Samów. Tak, spotykamy tych najprawdziwszych; tych, którzy poświęcają urlopy na doglądanie swoich reniferów i mają facebookową aplikację w swoich smartfonach, żeby pozostawać w kontakcie z bliższą i dalszą rodziną będącą niemal ciągle w ruchu (...). Jeśli zaś określenie “prawdziwi Samowie” miałoby oznaczać osoby siedzące przy ognisku w namiocie, odziane w tradycyjne, barwne stroje i odległe od wszystkich zdobyczy cywilizacji - to tak, takie postaci spotykaliśmy w salach muzealnych (...). Były wykonane z papier mâché”.
Pamiętajmy też, że trudnienie się hodowlą reniferów nie było zajęciem większości tej społeczności ani w przeszłości, ani nie jest nim dziś. Wielu Saamów nie żyje wcale w małych skupiskach na najdalszej Północy, tylko mieszka w miastach, również tych największych w Skandynawii, jak Oslo czy Sztokholm.
Między zakorzenioną w tradycji saamską tożsamością a realiami współczesności istnieje jednak pewne, dość bolesne, napięcie – taki przekaz wydaje się przynajmniej kryć w „A Sami in the city”, powstałym w 2007 roku krótkim filmie artystki wizualnej Liselotte Wajstedt.
A Sami in the city (2007)
Film pokazuje zmagania z poznawanym językiem przodków w sytuacji, gdy język ten nie przystaje do codziennego doświadczenia. Bohaterka „A Sami in the city” mieszka w Sztokholmie, wielkim, nowoczesnym mieście i ucząc się saamskiego, co chwila napotyka na przeszkody. Jak po saamsku powiedzieć „metro”, jak „ruchome schody”, jak określić „galerię handlową”? Bezradna pyta o tego typu wątpliwości swoją nauczycielkę, a ta radzi jej wymyślać własne wyrazy, opierając się na saamskich źródłosłowach. To właśnie czyni bohaterka, naklejając zawierające nowe nazwy karteczki samoprzylepne na kolejne obiekty. Karteczki delikatne i nietrwałe. Miasto je zaraz pochłonie…
Nie poddawajmy się jednak fatalizmowi tego dzieła. O tym, że po saamsku da się opowiadać o współczesnym świecie, świadczy choćby podstrona NRK Sápmi, gdzie część aktualnych doniesień publikowana jest właśnie w saamskiej wersji językowej. W ostatnich dniach pojawiła się też w norweskich mediach informacja, że firma Apple zaprezentowała klawiaturę dostosowaną do ośmiu saamskich języków. Niektóre z nich mają tak małą liczbę użytkowników, że grozi im rychłe wyginięcie, ale jak widać podejmowane są wysiłki, by tak się nie stało.
Saamowie przetrwali, języki saamskie żyją. Niech i tu wybrzmi coś po saamsku – Lihkku Sámi álbmotbeivviin! – Szczęśliwego Dnia Saamów!
Źródła: MojaNorwegia, NRK, Store Norske Leksikon, Nasjonalmuseet, „Vággi várri. W tundrze Samów”(książka autorstwa Anny Nacher i Marka Styczyńskiego)
Jak oceniasz ten artykuł?