Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.
„Nie zimny wychów, a budowanie własnej tożsamości”. Tak Norwegowie wychowują dzieci Wywiad
Natalia Szitenhelm 20 stycznia 2020
10:53

„Nie zimny wychów, a budowanie własnej tożsamości”. Tak Norwegowie wychowują dzieci

10
Skomentuj
W Norwegii dzieci od małego uczy się samodzielności. Polskie mamy bywają nadopiekuńcze, mówi Olga Bartnik. / zdjęcie ilustracyjne stock.adobe.com/standardowa/nadezhda1906
– Dorośli w Norwegii nie zwracają się do dziecka zdrobnieniami, mówią pełnym, podwójnym imieniem. Chodzi o to, by młody człowiek od początku budował swoją tożsamość – opowiada Olga Bartnik, mama czworga dzieci, która pracuje w przedszkolu w Norwegii. Z norweskim modelem wychowawczym ma do czynienia na co dzień, bo w pracy jej podopiecznymi są przede wszystkim dzieci Norwegów. Rozmawiamy o tym, co jest ważne w wychowywaniu małego człowieka w kraju fiordów, okazywaniu emocji, obawie przed Barnevernet, o różnicach kulturowych. Bo Polacy i Norwegowie wychowują dzieci inaczej, ale jedni i drudzy chcą dla nich jak najlepiej.
Olga w Norwegii mieszka od siedmiu lat, od prawie dwóch pracuje w norweskim przedszkolu. Sama ma czworo dzieci – dwoje urodzonych w Polsce, a dwoje już tu, w kraju fiordów. Gdy razem z mężem przeprowadziła się do Norwegii, jej starsze dzieci miały 2,5 roku i rok. Ona sama jest niezwykle ciepłą osobą, o życiu w norweskich warunkach opowiada z optymizmem, ale i z pokorą. Gdy zaczynamy rozmowę, zaznacza – Dużo zależy od tego, jak my postrzegamy różne rzeczy – jak chcemy zobaczyć braki, to je zobaczymy, jak chcemy zobaczyć dobre rzeczy, to też je dostrzeżemy.
Reklama
Natalia Szitenhelm, MojaNorwegia.pl: Zwracanie się do dziecka podwójnym imieniem to jedna z wielu różnic między Polakami a Norwegami, jeśli chodzi o wychowywanie potomstwa.
Olga Bartnik: Różnica z imieniem to skutek pewnego spojrzenia na dziecko jak na człowieka samego w sobie, który to imię będzie nosił, z tym imieniem będzie dorastał i siebie samego nim identyfikował. Dlatego Norwegowie zwracają się do dzieci pełnym imieniem, nie zdrobnieniem. To jest kwestia, by młody człowiek od samego początku budował swoją tożsamość.

Jakie są inne różnice?
Moim zdaniem jest ich dużo. Obracamy się w kręgu tej samej kultury europejskiej, nie są to różnice, jak np. między Polską a Azją, Bliskim Wschodem czy Afryką, ale jednak są. Wynikają np. z całego podejścia do sfery duchowej. U nas, w Polsce, kościół ma duże znaczenie, rodzice decydują o tym, czy dziecko będzie ochrzczone, czy pójdzie do komunii. Natomiast tu, w Norwegii, jest to jakby prawie nieobecne w życiu rodziców, bo jest to też nieobecne w wychowaniu dzieci. Mam wrażenie, że ten duchowy element jest bardziej przeniesiony na sferę kontaktu z naturą, dobrego kontaktu z samym sobą, bycia dobrym człowiekiem. Dla mnie jest to jedna z fundamentalnych różnic. 

Znaczącą różnicą jest według mnie także to, że już roczne dziecko jest oddawane do przedszkola i że Norweżki, poza naprawde nielicznymi przypadkami, nie decydują się, by pozostać z nim w domu dłużej. To jest tak jakby schemat zachowania, który u nich występuje, z którym nie dyskutują, tak po prostu jest. Mamie kończy się urlop macierzyński, więc tata przejmuje dziecko na urlop tacierzyński, bo mama wraca do pracy. Taka jest ekonomia – tu wszyscy muszą pracować. Myślę, że my w Polsce mamy inne podejście. U nas przesunięcie przedszkola do trzeciego roku życia dziecka daje nam inną perspektywę – tradycję wychowywania samemu małego dziecka, która różni się od tej w Norwegii. W Polsce dużo osób korzysta ze żłobków, ale na pewno nie wszyscy, mamy takie poczucie, że możemy wybrać. W Norwegii rodzice nie zastanawiają się nad tym. Rozmawiałam z wieloma Norweżkami, z którymi się przyjaźnię – one oddają dziecko do przedszkola, ponieważ tu nie ma żłobków, a przedszkole przejmuje opiekę nad dziećmi między 1 a 6 rokiem życia. Taki jest schemat zachowania. Bardzo rzadko ktoś zostaje z dzieckiem w domu do 15-tego, 16-tego miesiąca. A prawie się nie zdarza, by ktoś do drugiego roku życia dziecka zostawał z nim w domu i mimo możliwości nie oddał go do przedszkola. Drugim argumentem, obok ekonomicznego, jest wczesne wprowadzenie dziecka w życie społeczne. Rodzice mają jednak możliwość samodzielnej opieki z pomocą państwa. Gminy uczestniczą w kosztach wychowania dziecka w Norwegii, zapewniając całkiem porządne pieniądze. U nas jest to ok. 7,5 tys. koron miesięcznie na dziecko, jeśli się zostaje się z nim w domu, ale bardzo mało osób się na to decyduje. 

Rzecz, która jest też zupełnie inna niż w Polsce i jest to coś niesamowitego, absolutnie na plus, obserwuję to jako mama, która takiej możliwości nie miała, ale też jako nauczyciel przedszkolny, to jest urlop tacierzyński. W Norwegii jest to oczywiste, że tata, który pracuje, na 15 tygodni wyłącza się z życia zawodowego i zostaje z dzieckiem w domu, przebywa z nim cały czas, opiekuje się nim, uczą się siebie oboje. Ta opieka, którą sprawuje mama, jest również możliwa do przejęcia przez tatę. Uważam, że ma to wielkie znaczenie dla psychiki dziecka, rozwoju dobrego kontaktu nie tylko z matką, ale też z ojcem.
Norwegowie stosują tzw. zimny wychów? 
Słyszę wiele różnych zdań na temat tego, jak chłodno wychowywane są norweskie dzieci, trochę na „odległość łokcia”. Może to też zależy od tego, gdzie się mieszka. My mieszkamy w małej miejscowości, gdzie żyje bardzo tradycyjna społeczność, jest bardzo duży odsetek wielodzietnych rodzin, gdzie dzieci jest troje i więcej. Dlatego bardzo dobrze czujemy się tu z naszą czwórką dzieci [śmiech – przyp. red.]. Konkrety, które mogę zaobserwować, to jak np. dzieci są przyprowadzane i odbierane z przedszkola – kiedy dziecko w przedszkolu nie chce się rozstać z mamą i chce się do niej przytulić, zupełnie tak jak w Polsce. Należy być sobą, każdy gest czułości wobec dziecka, który występuje w naszej kulturze, w Norwegii też jest absolutnie normalny – całowanie dziecka, przytulanie, nie można bać się okazywać dziecku czułości. To nieprawda, że nie mamy tego okazywać, a już zwłaszcza ojcowie. Na przykład nasze córki są tak wychowane, że tata je i przytula, i podrzuca, i nawet norweskie dzieci przychodzą do nas, że też by tak chciały. 

W Polsce często nie dajemy dziecku sparzyć się na czymś, by pokazać konsekwencje jego zachowania. Norwegowie bardzo kształtują w dziecku poczucie niezależności na zasadzie nauki na własnych błędach.
To duża różnica, w Polsce mamy są często nadopiekuńcze. To widać nawet w przedszkolu, nie tylko w wychowaniu w domu. Wydaje mi się, że bardzo duże znaczenie ma tu wychowanie w zgodzie z naturą, stawia sie oczywiscie granice, choć – z naszego polskiego punktu widzenia – te granice są bardzo rozciągnięte. Jeśli dziecko je przekroczy, np. w przedszkolu nie potrafi się dostosować do czasu posiłków albo do czasu, gdy idzie się na wycieczkę, to nie ma żadnych kar. Nawet podniesienie głosu to rzecz, którą rzadko obserwuje się w norweskich przedszkolach. Bardziej daje się dziecku odczuć dystans i wskazuje się konsekwencje, pomaga się w ten sposób dokonać dziecku samodzielnego wyboru. Pracownicy przedszkoli stale się szkolą w zakresie lepszej opieki i komunikacji z podopiecznymi, zrozumienia ich potrzeb. Np. bardzo ważne, zarówno dla pracowników przedszkoli, rodziców, a także dzieci jest to, że od małego mają one zestaw rzeczy, które mogą same wybrać, czyli mogą zdecydować o czymś. Zakreśla się granice tych decyzji, np. nie możesz zdecydować, czy w przedszkolu idziemy na wycieczkę, czy nie, ale możesz zdecydować, czym chcesz się w przedszkolu bawić, co będziesz robić na wycieczce – to są decyzje, które dziecko ma podjąć samo. To bardzo ważne.

Małe dzieci od małego nie mają zbyt wielu granic, jeśli chodzi o poznawanie natury, dlatego czują się pewnie. Widzę to po swoich dzieciach. Mam duszę na ramieniu, gdy skaczą po skałach w szkole, a one czują się bezpieczne w środowisku, w którym żyją. To jest coś niesamowitego.

Olga Bartnik, archiwum prywatne
Polskim rodzicom trudno przestawić się na sposób wychowywania dzieci w Norwegii? 
Myślę, że może tak być. Znam taki przypadek, gdy mama zabrała dziecko z norweskiego przedszkola i wróciła z rodziną do Polski, ponieważ nie była w stanie zaakceptować dużej ilości zabawy bez kontroli, zwłaszcza na zewnątrz. To według mnie akurat wada norweskich przedszkoli, że jest mała kontrola tego, co dzieci robią, szczególnie podczas zabawy na dworze. 

Na wielu forach polonijnych czy grupach można przeczytać, że ludzie mają obawy związane z przeprowadzką z dzieckiem do Norwegii, przede wszystkim boją się interwencji Barnevernet. 
Dyskutowaliśmy z mężem o tym w domu, on szukał informacji w internecie, ja rozmawiałam z ludźmi. W większości przypadków – bo znam też takie, gdzie Barnevernet w sposób agresywny i nieuzasadniony ingerowało w życie ludzi, bo ludzie też się mylą – zwłaszcza tych bardzo medialnych, pomija się połowę informacji o rodzinach. Mąż zwrócił na to uwagę: „wiesz, ale w opisie sytuacji rodziny nie wspomniano, że borykała się z problemami”. A BV działa wobec wszystkich rodzin, nie tylko polskich, tak samo – jeśli według nich zachodzi podejrzenie, że coś jest nie tak, to chcą to sprawdzić.

Bardzo dużo zależy od tego, jak zachowuje się rodzina w kontekście społecznym, czy w ogóle mówi po norwesku. Jeśli chodzi o rodziny obcojęzyczne to jest kwestia podstawowa. Jeśli rodzina nie mówi po norwesku, to ma utrudniony kontakt z rzeczywistością norweską, nie rozumie także norweskiej mentalności – powstaje wówczas błędne koło wzajemnego niezrozumienia i obwiniania siebie nawzajem, może prowadzić to do ucieczek rodzin z Norwegii.

Co, jeśli to dziecko sprawia problemy wychowawcze? Przedszkole powiadamia instytucje? 
Rozpoczyna się obserwacja dziecka, pedagog zwraca uwagę na niestandardowe zachowania, jeśli budzą wątpliwości czy niepokój. Coraz częściej też tak jest, że dzieci doświadczają zbyt wielu bodźców. Ciągle coś oglądają, mają tablety, komórki, gry, są niedospane, jedzą bardzo dużo słodyczy. 

Po obserwacji następuje rozmowa z rodzicami. Jeżeli rodzice wyrażają zgodę na podjęcie interwencji, powiadamia się instytucję, która się nazywa PPT. To poradnia psychologiczno-pedagogiczna dla dzieci, funkcjonuje w każdej gminie. Przedstawiciel poradni przychodzi wówczas na obserwację dziecka do przedszkola lub szkoły. Później jest spotkanie z rodzicami, najczęściej kończy się to na ustaleniu sposobu pracy z takim dzieckiem. Czyli np. jeśli dziecko nie chce bawić się z innymi dziećmi albo jest agresywne, czy ma trudności w komunikacji w języku norweskim – to trzy podstawowe przykłady – wtedy przyjmuje się plan postępowania. Są różne narzędzia, np. wsparcia treningu językowego wizualizacją za pomocą książek, zdjęć, gier słownych czy techniki, jak praca w małych grupach, aby dziecko mogło identyfikować się z grupą, nawiązać kontakt i przełamać bariery językowe.

Z czego wynikają nieporozumienia między Polakami a Norwegami w kwestii wychowania dzieci?
Ważną płaszczyzną tutaj jest kwestia autorytetów. Dla nas, Polaków, rodzic jest autorytetem dla dziecka. Już z samego faktu, że jesteś rodzicem, wynika założenie, że jesteś autorytetem dla swojego dziecka. I ono musi dostosować się do reguł ustanowionych przez polskiego rodzica, tak byliśmy wychowywani i tak sami chcemy wychowywać. Myślę też, że w polskim wychowaniu jest dużo więcej emocji, często to obserwuję. Przez to, że Norwegowie pozwalają dziecku decydować o drobnych rzeczach, uczą mierzenia się z konsekwencjami i tak sobie myślę, czy nie ułatwia to w przyszłości nastolatkom przewidzenia konsekwencji swoich wyborów. Czy norweskim rodzicom jest łatwiej nie kontrolować, a towarzyszyć – to jest zasadnicze pytanie. Wspiera ich w tym system edukacji, w którym jest coraz mniej przymusu, więcej pokazywania konsekwencji. Ale z drugiej strony wiem, że w naszej polskiej mentalności ta kontrola jest dosyć ważna, nie chcemy zostawiać naszych dzieci samych sobie, chcemy wiedzieć, co robią, że nie tylko mamy dawać im tablety i urządzenia elektroniczne, nie tylko dowozić na mecze i zajęcia pozalekcyjne. Bo piłka nożna tutaj jest objęta kultem. To jest taka forma rodzinnej rozrywki, nie tylko rozrywki dla dzieci. Powiem szczerze, że od nas, jako rodziny mało zainteresowanej futbolem, kiedy jedna z naszych córek zaczęła grać, oczekiwano, że my we wszystkim będziemy brać udział. To było dla nas niezrozumiałe. Co innego radość z tego, że dziecko chce brać udział w zajęciach pozalekcyjnych, co innego wsparcie i obecność na meczach, a już czym innym jest, kiedy trzeba samemu brać udział w grze w drużynie dorosłych, na co nie ma się ochoty zupełnie. Norwegowie, odnoszę wrażenie, mają kilka wspólnych zainteresowań z dziećmi i to im daje poczucie bliskiego wychowania.
Jak polscy rodzice mogą ułatwić swojemu dziecku start w norweskim przedszkolu?
Przede wszystkim trzeba uczyć się języka. Dziecko wcześniej czy później nauczy się norweskiego i będzie dwujęzyczne. Dla kontaktu z dzieckiem, dla poczucia, że robimy wszystko, by je wesprzeć w tym starcie, trzeba uczyć się języka, by móc się samemu się porozumiewać, najlepiej bez tłumacza. Nawet jeśli tłumacz jest potrzebny, warto zrobić, co się da, żeby mówić po norwesku, nie tylko po angielsku. Często obserwuję w pracy, kiedy przychodzi mama i nie rozumie, co się do niej mówi, tylko kiwa głową. Dziecko orientuje się bardzo szybko, że po norwesku mówi więcej niż jego mama, co jest bardzo dużym problemem i w przyszłości może rzutować na komunikację między dzieckiem a rodzicami. 

Trzeba mieć pozytywną, otwartą postawę wobec tego, co nam proponują, tzn. jeśli nawet przedszkole o coś pyta, nie należy zakładać z góry, że oni na coś czyhają, że chcą nas gdzieś zgłosić, czy zrobić nam krzywdę. Jeśli pani w przedszkolu daje listę rzeczy, które będą tam dziecku potrzebne, trzeba je kupić. Oczywiście te rzeczy są bardzo drogie, no bo, umówmy się, w Norwegii nic nie jest tanie [śmiech – przyp. red.], ale pracownicy przedszkola naprawdę wiedzą, co jest potrzebne. Dziecko bardzo dużo przebywa na zewnątrz w ciągu dnia i trzeba oszczędzić sobie samemu stresu, że zachoruje, że ktoś czegoś nie dopilnował. Należy dostarczyć dokładnie to, co jest napisane na liście. Jeśli jesienią lub w zimą, gdy dziecko po raz pierwszy idzie do przedszkola, otrzymuje się listę, że mamy dostarczyć wełniany komplet odzieży, polarowy komplet odzieży, komplet przeciwdeszczowy – kurtkę i spodnie, dres gruby i cienki, trzeba to po prostu kupić. To wszystko kosztuje, ale unika się całego stresu, który potem przenosi się na dziecko. A dziecko słyszy wszystko – jeżeli będziemy mówić w domu negatywnie o przedszkolu, to ono te wszystkie emocje wyłapie, to jest oczywiste. A przecież chcemy, żeby ono dobrze czuło się w przedszkolu, bo przecież spędza tam 6 czy 8 godzin. 

Po pierwszym czy drugim miesiącu uczęszczania dziecka do przedszkola, zaprasza się rodziców na rozmowę, która ma za zadanie wymianę pierwszych obserwacji o adaptacji dziecka w przedszkolu. W przedszkolu norweskim jest wyraźna struktura – są pedagodzy i asystenci. Pedagodzy pilnują, by każda zabawa czy czytanie dziecku książki czemuś służyły. Natomiast asystenci, którzy pomagają w przedszkolu, to osoby, które mają wieloletnie doświadczenie w obserwacji, w pomocy dzieciom, dlatego warto posłuchać tego, co mają do powiedzenia na temat przedszkolnego dnia dziecka. Gdy odbiera się je z przedszkola, należy zapytać: jak minął dzień, czy wszystko było w porządku. Bo w tym temacie słyszę wiele uwag ze strony polskich rodziców, np. dziecko ma siniaka po dniu w przedszkolu i nikt nic o tym nie mówi – owszem istnieje obowiązek informowania, ale czasem zdarzy się tak, że pracownicy przedszkola nawet nie zauważą, że dziecko ma siniaka, bo się potknęło i uderzyło o coś. Jeżeli dziecko zostanie podrapane lub ugryzione w przedszkolu, co się zdarza, pracownicy mają obowiązek powiedzieć o tym rodzicom, ale nie mogą już wskazać, kto to zrobił. Dlatego należy zrozumieć te zasady, które panują w przedszkolu. 

Jeśli rodzice mają obawy co do norweskiego przedszkola, powinni rozmawiać ze sobą, ale nie dzielić się nimi z dzieckiem. Ono potrzebuje wsparcia w wyjściu w świat i adaptacji w nowym miejscu. Jeśli tak się dzieje, to najczęściej wszystko przebiega dobrze. Trzeba pamiętać, że adaptacja jest kwestią indywidualną, zależy od osobowości dziecka i środowiska, w które wchodzi. Sama mam czworo dzieci, które chodziły do przedszkola tylko w Norwegii, troje zaaklimatyzowało się dobrze, a jedna córka płakała przez rok.

Przedszkole pomaga w procesie adaptacji dziecka w nowym środowisku?
W Norwegii rodzic ma obowiązek przez 3 dni być z dzieckiem w przedszkolu, co daje dziecku poczucie bezpieczeństwa, może się powoli przyzwyczajać do nowego miejsca, przestrzeni, osób, zasad. Prawo pracy przewiduje wolne dni na tę adaptację. Rodzic ma też prawo pytać o wszystko w przedszkolu, ma prawo, by prosić o indywidualną rozmowę, jeśli coś go niepokoi, ma prawo do tego, by na tej rozmowie powiedzieć, co leży mu sercu, co obserwuje u dziecka. Przedszkole najczęściej planuje pierwsze odwiedziny, podczas których jest czas na zabawę i wspólny posiłek dziecka w grupie, do której będzie chodziło. Zazwyczaj wyznacza jednego z pracowników tej grupy na osobę kontaktową dla rodziców. W kolejne dni dziecko bawi się w przedszkolu dłużej, próbuje zasnąć w wózku na zewnątrz, zgodnie z obowiązującymi rutynami. Jest też możliwe oddanie dziecka do przedszkola na niepełny wymiar czasu, jeśli rodzice mają dzień wolny w tygodniu i życzą sobie łagodnego wprowadzenia dziecka w przedszkolny świat.

Poniżej: przedszkolaki w Norwegii bardzo dużo czasu spędzają na dworze, niezależnie od tego, jaka aura panuje na zewnątrz.
Photo by Florencia Viadana on Unsplash
Czy rodzice mają zgłaszać w przedszkolu, że borykają się z jakimiś problemami? 
Mieliśmy taką sytuację, że nasza dwuletnia córka, które jeszcze wtedy nie chodziła do przedszkola, tylko – kiedy odprowadzałam do przedszkola dwie starsze córki, małą zabierałam ze sobą – podczas pobytu w basenie tak niefortunnie się uderzyła, że miała olbrzymie, sino-fioletowe limo pod okiem. Przedszkolanka od razu to zauważyła, mimo że córka nie chodziła do przedszkola. Opowiedziałam całą sytuację, pogłaskałam dziecko po głowie – dokładnie tak samo, jakbym zachowała się w polskim przedszkolu. To była normalna sytuacja, moje wyjaśnienie zostało normalnie przyjęte, nikt mnie o nic nie posądził ani nigdzie nie zgłosił.

Bardzo ważna jest komunikacja z przedszkolem – kiedy dziecko przyprowadza się do przedszkola, należy poinformować, czy jadło śniadanie lub czy ma je zjeść. To banalne, rutynowe kwestie, które organizują dziecku dzień. Przedszkole od razu widzi, czy rodzic pyta, komunikuje się, nawet po angielsku.

Co Norwegowie sądzą o polskich rodzicach?   
Nigdy się nie spotkałam z negatywnymi opiniami, raczej – ponieważ mam przyjaciół i znajomych Norwegów – wyrażają podziw i radość z tego, że Polacy są rodzinni, że dla nich rodziny są ważne, że mówią swoim ojczystym językiem, bo badania pokazują, że płynne władanie językiem rodziców wspiera rozwój kompetencji językowych w odniesieniu do kolejnych języków. Czasem mniej zrozumienia jest w nich wobec rodziców, którzy wychowują dzieci bez znajomości języka, gdy nie chcą się go uczyć, pomimo tego, że mieszkają w kraju fiordów kilka lat. Oczekują też zrozumienia norweskiej mentalności. Nie ma co oczekiwać od Norwegów, że oni będą nas w stu procentach rozumieć. Z punktu widzenia norweskich rodziców spotkałam się z samymi pozytywnymi opiniami i odbiorem polskiej rodziny jako takiej, w której są bliskie relacje z dziećmi. A mam kontakty z rodzicami i w szkole, i w przedszkolu.
Chcesz opowiedzieć o swoim życiu w Norwegii? Pracujesz w zawodzie, którego realia chciałbyś nam przedstawić? Napisz na redakcja@mojanorwegia.pl lub zgłoś się do nas na naszym Facebooku.
Reklama
Gość
Wyślij
Komentarze:
Od najnowszych
Od najstarszych
Od najnowszych
Joanna Kuchnicka
Joanna Kuchnicka 22-01-2020 22:22

Piotr De napisał:
W teori ładnie to i sensownie brzmi. Szkoda tylko że później gdzieś po drodze większość (99%) Norwegów zamienia się w w zadufanych i zapatrzonych w siebie głąbów.

99% Norwegów znanych Piotrowi De. Czyli ilu?
Pytanie drugie kim jest Piotr De, kto , gdzie i jak go wychował?

Odpowiedz
Zgłoś komentarz
GregMc
GregMc 22-01-2020 19:04

Do 55555555 55555555
Ja nie zgłębiam żadnej z tej wiedzy głąbów, już mi nie jest wstyd ze byłem polakiem. Wstyd mi teraz Was słuchac ! I patrzeć co wyprawiacie w tym kraju , widzicie burdel ale w polsce gdzie jest jeszcze większy burdel o 100% nie widzicie... nie podlega to dyskusji

-9
Odpowiedz
Zgłoś komentarz
Josef Satan
Josef Satan 22-01-2020 13:28

Piotr De napisał:
W teori ładnie to i sensownie brzmi. Szkoda tylko że później gdzieś po drodze większość (99%) Norwegów zamienia się w w zadufanych i zapatrzonych w siebie głąbów.

Prowadziles badania statystyczne na ten temat?

-1
Odpowiedz
Zgłoś komentarz
55555555 55555555
55555555 55555555 21-01-2020 16:50

GregMc.... a ty do której grupy się zaliczasz? do " zadufanych głąbów"...czy do "większych głąbów"...?

-8
Odpowiedz
Zgłoś komentarz
GregMc
GregMc 21-01-2020 12:19

Do Piotr De ,99% zapatrzonych w siebie i zadufanych głąbów są polacy a ten 1% to ta reszta jeszcze większych głąbów wracających z Norwegii z wypchanymi kieszeniami koroną. Którzy narzekają i wyzywają Norwegów i ten kraj bo wrodzona nienawiść polska nie zna granic !

Odpowiedz
Zgłoś komentarz
Piotr De
Piotr De 21-01-2020 06:11

W teori ładnie to i sensownie brzmi. Szkoda tylko że później gdzieś po drodze większość (99%) Norwegów zamienia się w w zadufanych i zapatrzonych w siebie głąbów.

Odpowiedz
Zgłoś komentarz
kamil ......
kamil ...... 20-01-2020 20:30

Pomóżcie zostało kilka dni www.siepomaga.pl/ratujemy-kacpra

-3
Odpowiedz
Zgłoś komentarz
55555555 55555555
55555555 55555555 20-01-2020 17:43

Chory system.....

Odpowiedz
Zgłoś komentarz
Wakacje kredytowe w Norwegii – czy masz prawo do odroczenia rat?

Wakacje kredytowe w Norwegii – czy masz prawo do odroczenia rat?

Eff.14,9%, 65000kr, 5 år, kost 28730kr, Tot. 93730kr Reklama

Bliżej nas