Strona korzysta z plików cookies

w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Przejdź do serwisu

Nawet 15% rabatu na S1 i EKUZ

Reklama

Historia

Płonące stosy w krainie lodu. Historia norweskich czarownic

Martyna Engeset-Pograniczna

17 marca 2024 09:00

Udostępnij
na Facebooku
Płonące stosy w krainie lodu. Historia norweskich czarownic

Tradycyjnym określeniem czarownictwa było po norwesku słowo „trolldom”. stock.adobe.com/licencja standardowa

Królowa Sonja odwiedza Vardø, małe miasteczko na północnych rubieżach Norwegii, w okręgu Finnmark. Mamy rok 2011. Atmosfera jest podniosła. Monarchini spaceruje wzdłuż monumentu upamiętniającego wydarzenia sprzed setek lat. Jest wyraźnie poruszona. W Vardø – choć pomnik niewątpliwie ma przyciągać turystów – udało się nie sprowadzić tragedii do jarmarcznej, taniej sensacji. Naprawdę godnie oddano hołd 91 ofiarom lokalnych polowań na czarownice. Każdej z tych osób, 77 kobietom i 14 mężczyznom zamordowanym w XVII wieku, poświęcono osobną tablicę pamiątkową. W całej Norwegii podobnych historii było jednak więcej, w tym kraju doszło do około 850 procesów o czary.
Czarownica czarownicy nierówna. Widać to już w samym języku. Tradycyjnym określeniem czarownictwa było po norwesku słowo „trolldom”. Obyczaj kazał co prawda trolli unikać, ale nie budziły szczególnego przerażenia. Długo kojarzyły się ze śmiercią, z umarłymi krewnymi, ale nie z demonami. Miejscowy, nordycki folklor z czasem uległ demonizacji, ale w epoce procesów czarownic wciąż w Norwegii dominowało słowo „trolldom”, dawniejsza, mniej przerażająca tradycja wciąż była gdzieś obecna.
Również oznaczający „czarownictwo” wyraz „hekseri”, wywodzący się z niemieckojęzycznego kręgu kulturowego  (epicentrum polowań na wiedźmy, gdzie ofiary liczy się nie w setkach, jak nad fiordami, lecz w dziesiątkach tysięcy) dotarł do Norwegii później, a to z tym określeniem najmocniej wiążą się skojarzenia z tępionymi przez Kościół czarownicami jako zdegenerowanymi kobietami latającymi na miotłach czy kozłach, zawierającymi pakt z diabłem i utrzymującymi z nim stosunki seksualne. Innymi słowy tymi „właściwymi” czarownicami z epoki europejskich krwawych procesów czarownic. W Norwegii żar był zwykle mniejszy, a sprawy rozstrzygały głównie władze świeckie, nie kościelne.
Warto jednak zauważyć, że czarownice parające się „hekseri” to w Norwegii nie tylko kulturowy import. Relacja jest bardziej skomplikowana, dwustronna, bowiem na rozwój europejskiego wyobrażenia czarownic miały też wpływ waleczne walkirie, postaci z imaginarium mitologii nordyckiej.
Jak to się wszystko dla mieszkańców Norwegii skończyło, gdy i nad fiordami zadomowiły się wizje czarodziejskiego paktowania z szatanem?

Niewierna Ragnhild

Pierwszą osobą skazaną w Norwegii za czary (i jedyną znaną ze średniowiecza) była Ragnhild Tregagås. Jej proces odbył się w 1325 roku. Mieszkała pod Bergen, była wdową. Miała się rzekomo parać się między innymi magią miłosną i w wyniku tego doprowadzić czarami dawnego ukochanego do impotencji, a wcześniej zdradzać z nim swojego męża. Ukarano ją – jeśli weźmiemy pod uwagę wyroki z kolejnych stuleci – dość łagodnie. Kilka razy w tygodniu miała pościć o chlebie i wodzie. Ponadto nakazano jej udać się na siedmioletnią pielgrzymkę do świętych miejsc poza Norwegią. Skazującym Tregagås przedstawicielom Kościoła bardziej przeszkadzała zarzucana jej herezja niż zabiegi magiczne.
W procesach o czary dużo było uniewinnień czy łagodnych kar w postaci postu czy grzywny, ale nie wszyscy mieli takie szczęście.
Utwór upamiętniający Ragnhild Tregagås:
Ragnhild Tregagås

Sztormy Johanne

Przepisy prawa dotyczące czarów formalnie uchylono  w Norwegii dopiero w 1842 roku.  Wówczas zapisy te były od dawna martwe. W wieku XIX ich nie stosowano. W XVIII odbyło się jeszcze kilka procesów, ale obyło się bez ofiar śmiertelnych. Ostatnią z około 300 osób skazanych w Norwegii na śmierć za czary była Johanne Nielsdatter. Zginęła, spalona żywcem na stosie, w 1695 roku w Kvæfjord w regionie Troms (a więc na północy kraju, jak większość skazanych o to diabelskie przestępstwo). Miała uzyskiwać pomoc samego diabła, a także osobistego demona o imieniu Knut i z ich pomocą mordować ludzi. Jej działaniami tłumaczono najpewniej między innymi wypadki na morzu. Na północy Norwegii (gdzie procesów czarownic było najwięcej) często obwiniano czarownice i czarowników o powodowanie nieszczęść dzięki władaniu dokuczliwą pogodą.

Anne na zielonym wzgórzu

Najbardziej znaną norweską ofiarą polowań na czarownice była Anne Pedersdotter. Umarła w 1590 roku w Bergen. W chwili śmierci prawdopodobnie przekroczyła 60. rok życia. Pochodziła ze zdecydowanie uprzywilejowanej warstwy społecznej. Była żoną znanego humanisty, szanowanego pastora. Miała ośmioro dzieci, z których troje doczekało dorosłości. O czary oskarżono ją dwukrotnie na przestrzeni kilkunastu lat. Atmosfera podejrzeń spowodowała, że kobieta stawała się coraz bardziej wycofana i zgorzkniała, coraz bardziej skłócona z sąsiadami… którzy przez to obmawiali ją częściej. Wpadła w błędne koło.
Do dzisiejszych czasów przetrwała obszerna dokumentacja sądowa. Na jej podstawie można obserwować, jak plotki prowadzą do oficjalnych skarg, a oficjalne skargi – na stos.  Wśród materiałów dowodowych znajdują się między innymi informacje o zeznaniach wieloletniej służącej Pedersdotter, która twierdziła, że w okresie Bożego Narodzenia chlebodawczyni posługiwała się nią, by dostać się na nieodległe wzgórze Lyderhorn i tam, w towarzystwie innych wiedźm zgromadzonych na sabacie, knuć przeciwko miastu. W tym celu miała być zdolna przemieniać swoją służącą w konia.
Anne Pedersen bronili bergeńscy księża. Bezskutecznie. Rada Miejska i burmistrz doprowadzili do wyroku. Być może kobieta padła ofiarą sporu kompetencyjnego pomiędzy lokalną władzą kościelną a świecką. Jej skazanie zapoczątkowało falę kolejnych wyroków, najbardziej intensywny okres w norweskich procesach o czary.

Mrok dziejów

Kilkaset lat (dokładnie 458, licząc od pierwszego procesu o czary w Irlandii do ostatniej przeprowadzonej w majestacie prawa egzekucji czarownicy w Szwajcarii w roku 1782). Dziesiątki tysięcy ofiar (jeśli nie więcej – badacze nie są w tej sprawie zgodni). Druzgocące oskarżenia. Zeznania wymuszane często torturami. Płonące stosy. Ale właściwie dlaczego się działo?
Z czasem wiedźmy stały się elementem folkloru.

Z czasem wiedźmy stały się elementem folkloru.stock.adobe.com/licencja standardowa

Otóż… nie do końca wiadomo. Jedyne, co do czego mamy pewność, to to, że prawie wszędzie, gdzie dochodziło do procesów o czary, znakomitą większość ofiar stanowiły kobiety (choć są od tej reguły wyjątki – na Islandii i wśród norweskich Saamów częściej skazywano mężczyzn). Interpretacji nie ułatwia fakt, że były to kobiety we właściwie dowolnym wieku, wszystkich stanów cywilnych i wywodzące się z różnych warstw społecznych. Poza płcią nie ma między nimi wielu podobieństw. Czarownica nie musiała być koniecznie starą, brzydką, żyjącą gdzieś w zapadającej się chacie na marginesie społeczności kobietą – jak dzisiaj podpowiada nam stereotyp. To nie były wcale tylko potrzebujące pomocy, zależne od łaski i niełaski innych staruszki. Nie były to też wyłącznie bogaczki irytujące gromadę swoją wysoką pozycją społeczną i dobrobytem.
Procesy czarownic, patrząc z szerszej perspektywy, były zjawiskiem marginalnym (zwłaszcza że tak w Norwegii, jak i w reszcie Europy, regiony cechujące się dużą intensywnością procesów sąsiadowały często z terenami, gdzie prawie ich nie było), jednak punktowo bardzo intensywnym. Często przybierało to formę zbiorowej paniki (której najbardziej znanym przykładem byłoby amerykańskie polowanie na czarownice w miasteczku Salem). Wtedy na śmierć skazywano wiele osób raz za razem lub naraz.
Stos czarownicy zapłonął gdzieś na przecięciu niepokojów społecznych (dla Norwegii szczególnie istotne były poreformacyjne napięcia między katolikami a protestantami; nawet sam Marcin Luter uważał, że wdowy i panny mają tendencję do zaspokajania potrzeb seksualnych z demonami), podsycanej wojnami religijnymi wiary w spisek przeciwko chrześcijaństwu, zmian klimatycznych małej epoki lodowcowej oraz mizoginii patriarchalnych społeczeństw… Ale przecież i niepogoda, i konflikty społeczne i religijne, i teorie spiskowe, i kulturowa podrzędność kobiet to powszechniejsze zjawiska, które nie zawsze kończyły się akurat tą postacią bestialskiej przemocy.
Robert Thurston, amerykański historyk próbujący wyjść poza popularne wyjaśnienia popfeministyczne, podkreślające czynnik prześladowania niemieszczących się w społecznej normie kobiet, wskazuje następujące czynniki zwiększające prawdopodobieństwo wystąpienia tej formy prześladowań: „położenie miejscowości na obrzeżach państwa lub przynależność do państwa o słabej władzy centralnej (…); zwarta społeczność, w której ludzie znali się często osobiście i każdy miał ustaloną reputację. (…) w społecznościach wiejskich pojawienie się prześladowań było znacznie bardziej prawdopodobne niż w miastach (…); brak sądów apelacyjnych nadzorujących pracę trybunałów pierwszej instancji”.
Sprawa nie jest prosta i ginie gdzieś w pomroce dziejów. Ale postać czarownicy – po kulturowym liftingu – przeciwnie, ma się całkiem dobrze. Z czasem wiedźmy stały się elementem folkloru, postaciami z baśni, a w końcu – z popkultury. Bohaterkami niekiedy nie tylko niegroźnymi, lecz wręcz pozytywnymi, jak choćby nastoletnia Sabrina.
Czytając Jasia i Małgosię czy – by pozostać nad fiordami – Wiedźmy Roalda Dahla, brytyjskiego pisarza pochodzenia norweskiego, pamiętajmy, że to nie „złe czarownice” były naprawdę złe. Naprawdę złe było to, co im zrobiono.
Źródła: książka autorstwa Roberta Thurstona, „Polowania na czarownice. Dzieje prześladowań czarownic w Europie i Ameryce Północnej”, NRK, Store Norske Leksikon, Popviten, podcast Uniwersytetu w Bergen
Reklama
Gość
Wyślij


Reklama
Facebook Messenger YouTube Instagram TikTok