[module-single:mod_advertisements,a:2:{s:9:"pool_name";s:10:"mobile_top";s:5:"place";s:7:"article";}]
Reklama
Na początku października silny wiatr i gigantyczne ulewy nawiedziły zwłaszcza południową część Norwegii. Straty oszacowano na ponad 500 milionów koron, służby ratownicze ponad 3300 razy odbierały zgłoszenia z prośbą o pomoc. Zamknięto 32 drogi i tunele, a mieszkańców ewakuowano z powodu osuwisk. Norweski Departament ds. Dróg Wodnych i Energetyki (NVE) przestrzegł mieszkańców przed bardzo wysokim zagrożeniem powodziowym na zachodzie oraz na południu Norwegii, zwłaszcza w regionach Sørlandet, Rogaland i Telemark. Zagrożenie doszło do najwyższego, czerwonego poziomu.
Ratować, co się da
Straty byłyby znacznie większe, gdyby nie Tarjei Breiteig. Jako jedyny przewidział wystąpienie tak ulewnych opadów deszczu, a także to, że woda zaleje wiele gospodarstw. Dzięki niemu wiele osób nadal ma dach nad głową, bo eksperci z Krajowego Instytutu Meteorologii w ogłoszonym przez NVE „czerwonym alarmie” widzieli tylko… wywoływanie niepotrzebnej paniki.
Breiteig na długo przed NVE przewidział, że woda zaleje Sørlandet, opracował więc plan, by z lokalnej tamy odprowadzić wodę, którą zasilono miejscową elektrownią wodną. Nie było łatwo. Kierownictwo Agder Energi początkowo nie zamierzało zrealizować próśb meteorologa. Ostatecznie, po silnych namowach, ulegli i obniżyli poziom wody o metr. Dzięki temu, kiedy nadeszły ulewy, tama była gotowa przyjąć tak ogromne ilości wody. Tylko dlatego uratowano domy nad rzeką Otra, która wpada do Kristiansand.
Poniżej: tama wytrzymała napór wody
W niektórych rejonach, dzięki Breitigowi, zniszczenia spowodowane przez powódź udało się zmniejszyć o połowę – uratowało to dobytek i domy wielu rodzin.