Wiele firm znad fiordów uwzględnia w umowach wzmiankę o lokalnych pracownikach, mimo że w rzeczywistości ich domy znajdują się w Polsce lub innym kraju Unii Europejskiej. Wszystko po to, żeby uniknąć kosztów za podróż czy zakwaterowanie. W związku z tym politycy Partii Pracy przedstawią do jesieni Stortingowi propozycje zmian m.in. zasad odnoszących się do tego, kto może aplikować o tzw. uśredniony czas pracy (w uproszczeniu polega on na możliwości dłuższej pracy w danym odcinku czasu na poczet większej ilości wolnego w późniejszym okresie). Uprzywilejowane mają się stać wyłącznie przedsiębiorstwa z umowami zbiorowymi i współpracujące z dużymi związkami zawodowymi.
[module-single:mod_advertisements,a:2:{s:9:"pool_name";s:17:"arts_unemployment";s:5:"place";s:7:"article";}]
Reklama
Uniknąć kosztów... czyimś kosztem
Manipulację danymi o miejscu zamieszkania Fellesforbundet i Ap nazywają apartheidem w wersji light, ponieważ oszczędzanie na zatrudnionych i doprowadzanie do tego, że muszą oni sami płacić za podróże między rodzinnym państwem a Norwegią, to wyzysk. A dotyczy on głównie siły roboczej z Europy Środkowo-Wschodniej, zmuszanej przy podpisywaniu kontraktu do wydania oświadczenia, że norweski adres to ich drugie oficjalne miejsce zamieszkania. Jako przykład poszkodowanych pracowników na łamach VG politycy Partii Pracy podali Polaków.
Jeśli chodzi o sam czas pracy, Fellesforbundet przywołało sytuacje, w których norwescy przedsiębiorcy zakładają dwie firmy i zatrudniają zagranicznych pracowników, którzy w jednej pracują od rana do 16:00, po czym wieczory, po godzinie 16:00, spędzają w drugiej. Dodatkowo unikanie kosztów związanych np. z zakwaterowaniem podwładnych wpływa na wzrost konkurencyjności danej spółki, która automatycznie ma więcej środków do wykorzystania w przetargach na projekty.