Airbnb jest też mocno krytykowane przez organizację NHO Reiseliv zrzeszającą branżę turystyczną, która zarzuca im brak przejrzystości działalności oraz niewystarczający wgląd w realne zyski firmy w Norwegii.
[module-single:mod_advertisements,a:2:{s:9:"pool_name";s:8:"arts_all";s:5:"place";s:7:"article";}]
Reklama
Przejmują rynek
W wielu miejscach w Norwegii można zaobserwować wyraźny wzrost popularności Airbnb – na Lofotach mieszkania oferowane przez portal stanowią już ponad 55 proc. całego rynku noclegowego. Nieco lepiej jest w innych regionach: Airbnb przejęło 38 proc. całej bazy noclegów w Sørlandet, 27 proc. w Vestlandet, 26 proc. w Nord-Norge i 35 proc. w Oslo – z tego powodu pojawiła się uzasadniona obawa, że działalność portalu może doprowadzić do bankructwa wielu dotychczasowych hoteli.
– Airbnb stanowi realne zagrożenia dla obecnego rynku hotelarskiego, który otwarcie traci gości na rzecz Airbnb. Norweskie władze muszą wdrożyć obowiązek raportowania dochodów przez wynajmujących Airbnb, jak zostało to uchwalone i pod żadnym pozorem nie robić nic, co może pogorszyć sytuację hoteli w tej rywalizacji – uważa Krohn Devold z NHO Reiseliv.
Devold sugeruje też, że jeśli dochody z prywatnego wynajmu będą rzetelnie zgłaszane, norweska gospodarka może zyskać wiele milionów koron. Sama firma odpiera zarzuty hotelarzy i zapewnia, że każdego roku zasila budżet państwa kwotami przekraczającymi półtora miliarda koron.
Problem dla mieszkańców
Tak jak w innych krajach Airbnb zaczyna też jednak stwarzać problemy dla osób, które szukają mieszkania na pobyt długoterminowy. Wielu właścicieli nieruchomości zrezygnowało bowiem z tej opcji wynajmu na rzecz krótkoterminowych noclegów, które potrafią przynieść wielokrotnie wyższe zyski – w szczególności w atrakcyjnych lokalizacjach turystycznych. Niestety dla mieszkańców oznacza to coraz mniejszy wybór mieszkań i domów na wynajem, a co za tym idzie – wyższe ceny czynszu.