Strona korzysta z plików cookies

w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Przejdź do serwisu

Pozostało jeszcze:

6
DNI

do startu rozliczeń podatkowych w Norwegii

Rozlicz podatek

2
Koncert polskiej grupy Pink Freud w Oslo – relacja i wywiad z liderem zespołu

 
 Pink Freud w Oslo/ fot. Magda Szczepańska
W piątek, 08.02.2013 w Cosmopolite 
w Oslo odbył się  koncert jednego z wiodących na polskiej i odgrywającego znaczącą rolę na światowej arenie jazzowej zespołu Pink Freud. Wydarzenie miało miejsce w ramach festiwalu „Vinterjazz 2013”. Artyści zaprezentowali publiczności absolutnie nietuzinkowe i niezwykłe utwory, naładowane pozytywnymi emocjami i energią. Tę energię muzycy przekazali publiczności wkładając w swój występ absolutnie całych siebie. Ekspresją, dynamiką i prawdziwością płynącą z każdego dźwięku zawojowali tego wieczoru całą salę.


O muzyce zespołu Pink Freud oraz wrażeniach z koncertu w Cosmopolite w Norwegii opowiedział Mojej Norwegii lider grupy – Wojciech Mazolewski.

Moja Norwegia: Jesteście w Oslo pierwszy raz? Jak wam się grało, jak odbieracie tutejszą publiczność?

Wojtek: Tak, to jest nasza pierwsza wizyta w Oslo i powiem krótko – jesteśmy zachwyceni.

MN: Co was najbardziej ujęło?    

Wojtek: Spontaniczność. Wydaje się, że jakieś bałtyckie fluidy płyną w tych ludziach i odbieramy na tych samych falach. W połowie koncertu mieliśmy publiczność po swojej stronie tak na 100%. Rzadko nam się to zdarza, że już w pierwszym utworze w trakcie, kiedy kończymy jedną z fraz publiczność reaguje tak pozytywnie jak dzisiaj przy utworze „Promised land”. To od razu dobrze nastraja, daje sygnał, że publiczność jest bardzo czujna, a skoro tak, to znaczy, że możesz sobie pozwolić na więcej, odpłynąć trochę dalej ponieważ otwiera sie zaufanie do świadomości ludzi, którzy cię słuchają. To jest bardzo uskrzydlajace, bo razem można więcej.

MN: Wojtku, powiedziałeś w jednym z wywiadów, że tworzycie „jazz wyzwolony”. Co tak naprawdę wyzwalacie w waszej muzyce?

Wojtek: Wszystko, o czym zamarzysz…

MN: Utwory, które prezentujecie na scenie dobieracie spontanicznie, czy może są one wcześniej przygotowywane według jakiegoś schematu, przewodniego tematu?

Wojtek: Zawsze staramy się starannie dobrać set-listę do występu. Czasem wychodzi to łatwiej, czasem trudniej, czasem jest to bardziej trafne, czasem mniej. Mamy takie okresy, w których różne utwory bardziej nam odpowiadają, czujemy je lepiej. Mamy bardzo dużą listę swoich kompozycji, które wykonujemy. Oczywiście po nowej płycie bardzo chcemy grać utwory, które znalazły się na albumie bądź takie, które nie weszły na album, ale są tak zwiazane z okresem, w którym robiliśmy tę płytę, i mamy potrzebe, żeby je zagrać. Można się ich pewnie spodziewać na kolejnej płycie – takie rzeczy się nam zdarzały. Choćby na albumie pt. Punk Freud nie pojawił się utwór pt. Punk Freud, który pojawił się na kolejnym, czyli na Alchemii. Wiem, że to brzmi jak magia, ale skoro już padło słowo alchemia to moze byc magicznie. Zdarzają się sytuacje, w których możemy sobie pozwolić na zagranie utworów, których dawno nie graliśmy. Tak jak dzis. Wiedzieliśmy, że po raz pierwszy występujemy w Oslo, po raz pierwszy jesteśmy na koncercie w Norwegii, więc zapewne wielu nie słyszało kilku kompozycji na żywo, które są szlagierami naszego zespołu, więc warto było je zaprezentować. To jest miła odmiana, ponieważ te utwory wniknęły w nasze ciała, są w naszym DNA i jesteśmy w stanie je wykonać prosto z marszu. To jest sytuacja, kiedy możemy zaprezentować przekrój repertuaru naszego zespołu.

MN: Macie na koncie osiem albumów, kilkaset koncertów zagranych w Polsce i poza jej granicami…

Wojtek: Osiem to ładna liczba, zawsze mi się kojarzyła z nieskończonością i to pięknie wyraża filozofię zespołu Pink Freud. Nie tak dawno pojawiły się artykuły prezentujące nasza dyskografię i pomimo tego, iż przeczytałem je jakiś miesiąc czy dwa temu i tak nie pamiętam. Umiem liczyć do przodu, potrafię dość spontanicznie i lekko myśleć o przyszłości, kreować ją i zastanawiać się nad tym, jak coś wykonać, jak przełożyć to na rzeczywistość. Nie potrafię liczyć wstecz. Wolę myśleć o tym, co mamy zrobić, co mamy wydać, jak mamy nagrać, jakie to ma być. Interesują mnie i podniecają rzeczy, które są przede mną. Te, które są za mną są już przeszłością. Wszystko, co przede mną jest inspirujące. Reszta to tradycja, z której warto korzystać i czerpać – doświadczenie, rozwój, siłę.

MN: A czy macie na świecie bądź w Polsce ulubione miejsca, w których lubicie występować?

Wojtek: Jesteśmy takimi szczęściarzami, że mieliśmy okazję oglądać wiele miejsc na świecie, które zapierają dech w piersiach. Może zacznę od tego, że uwielbiamy grać dla polskiej publiczności. Czerpać z tego doświadczenie i umiejętność gry na scenie. Z czasem przyszły zaproszenia za granicę. Zaczęło się od koncertów w Europie - Lizbonie, Paryżu, Berlinie czy Londynie – na co długo czekałem i to było bardzo miłe nauczyć się czegoś nowego od sąsiadów, od ludzi, którzy żyją blisko nas ale mają trochę inne doświadczenia, trochę inaczej podchodzą do życia. To bardzo wzbogaciło nas, jako ludzi a później nasza muzykę o różne aspekty społeczne, elementy kulturowe. Jednak najmocniej zadziałały egzotyczne wycieczki po świecie. Takie jak dwie wielkie trasy w Ameryce Południowej, które ewidentnie zaszczepiły w nas jakiś nowy pierwiastek, elementy, których nie znaliśmy i dzięki nim tak naprawdę nasza muzyka wzniosła się na poziom, którego kompletnie wcześniej nie byliśmy świadomi. Podobne emocje i wrażenia pozostawiły w nas wycieczki do Afryki i ostatnie doświadczenia z pracy w Japonii. W kraju kwitnącej wiśni przyjęto nas bardzo ciepło. Po pierwszej trasie zaproponowano nam wydanie płyty. Przygotowywana jest kolejna trasa – trzecia już, po Japonii a być może także po Azji.

MN: Czy to ma znaczyć, że jesteście bardziej znani, wasza muzyka trafia do ludzi częściej za granicą niż w Polsce? Dlaczego tak się dzieje, że polscy artyści są dużo bardziej znani za granica niż u siebie w kraju? Czy może jest to błędna teza?

Wojtek: Ja tak nie myślę. Koncertów za granica być może rzeczywiście gramy więcej niż w Polsce, ale teza o tym, że jesteśmy bardziej znani za granica wydaje mi się przesadzona. Chodzi o to, że gramy wiele koncertów, ale one rozkładają się na różne państwa i miejsca. Jeżeli zagramy świetną trasę w Ameryce Południowej, to później przez pewien czas nas tam nie ma. Zorganizowanie kolejnej zajmuje nam 2 lata. My w tym czasie wracamy do Polski, gramy jedną, dwie trasy w Europie. Potem, jeśli mamy szczęście jedziemy do Japonii, od czasu do czasu wyskoczymy gdzieś do Afryki albo w inne miejsce. Do tego każdy z nas pracuje w innych zespołach.  Ja mam Wojtek Mazolewski Quintet, koledzy inne swoje projekty, więc każdy z nas zajmuje się dodatkowo czymś innym. W tym momencie dopiero pojawia się koło, które się zatacza i znowu pojawiamy się na przykład w Ameryce Południowej. Za dużo czasu mija żebyśmy my byli w stanie być tam popularni. Być może jesteśmy tam w jakichś środowiskach rozpoznawalni, ale po pierwsze brakuje generalnie pomysłu na promocję polskiej kultury za granicą i to nie jest rzecz, na której my, jako muzycy możemy się znać. My naprawdę ciężko pracujemy żeby tworzyć to, co robimy. Przygotowujemy się do wszystkiego, co robimy bardzo poważnie, ale sukcesy przychodzą powoli, trzeba na nie długo czekać. Taką rzecz jak tworzenie muzyki trzeba robić z powołania i przede wszystkim dla siebie, starając się tym samym sprawiać ludziom przyjemność i oddawać im swoja prace.

MN: Wystąpiliście w Norwegii w ramach „Vinterjazz festiwal” – czyli przez 10 dni odbywa się tutaj praktycznie w każdym większym mieście około 70 koncertów łącznie. Co uważacie o tej idei? Powinniśmy ją przenieść na grunt polski? Jak by się cos takiego sprawdziło?

Wojtek: Wspaniale. Żałuję, że musze wyjechać tak szybko, bo gramy w Polsce kolejny koncert. Z przyjemnością bym został, poznał trochę Norwegów. Dużo opowiadano mi o tym kraju, jestem tu pierwszy raz, aczkolwiek Norwegia jest mi bardzo dobrze znana od strony muzycznej. Lubię wiele zespołów stąd. Uważam, że na wielu polach muzycznych Norwegia jest na najwyższym poziomie z możliwych – zespoły typu Supersilent, N.P Molvaer  ale i wiele innych artystów udowadnia, że ktoś miał pomysł od dobrych lat 60., 70. na to, jak kultura powinna się wpisać w życie codzienne ludzi, społeczeństwa. Imponuje mi ta myśl, takie dobre widzenie działania dla dobra innych ludzi w oparciu o kulturę. To bardzo ciekawe. Ostatnio miałem też przyjemność zetknąć się z literaturą Jo Nesbø, przeczytałem kilka jego książek. Będę teraz najprawdopodobniej udźwiękawiał i robił kompozycje i całą muzykę do audio book’a z jego literatura. To duża produkcja  dla Audioteki. Reżyseruje to  K.Czeczot a Zagra w o niej około trzydziestu aktorów. Do tej pory popełniłem taką rzecz do literatury Philipa K. Dick’a. Pt BLADE RUNNER. Kolejną przygoda będzie m.in. właśnie Jo Nesbø.

MN: Wrócicie kiedyś do nas, do Polonii w Norwegii? Jak widzieliście pod sceną szalała połowa publiczności, a połowa to Polacy. Nas jest tutaj naprawdę bardzo dużo.

Wojtek: Jak prawie wszędzie na świecie. Jesteśmy narodem podróżującym, a ja się bardzo cieszę z tego faktu. Wydaje mi się, że dzięki temu, iż zaczęliśmy tak dużo jeździć nasz kraj się bardzo pozytywnie zmienia. Ludzie są coraz bardziej otwarci, przywożą co raz więcej uśmiechu do naszego kraju. Przywożą też talenty i umiejętności, których nauczyli się podczas swoich wojaży. Są co raz mniej marudni, bardziej kreatywni, przedsiębiorczy. Co raz bardziej empatyczni i oddani. To jest bardzo miłe. Wydaje mi się, że dobrze zrobiło kilku pokoleniom naszych rodaków właśnie takie podróżowanie, zdobywanie doświadczenia. Wiemy, że nasz kraj miał trudną historię a czerpanie inspiracji w miejscach, w których się wychowywaliśmy wymagało wiele samozaparcia i hartu ducha. Udawało się to nielicznym. Życie w ciężkich warunkach Nie każdemu pomagało wznieść się na wyżyny własnych możliwości. Wydaje mi się, iż ta część, która powraca do kraju bardzo pomaga innym zrozumieć, jak można funkcjonować w tym, co jest i umieć się tym cieszyć, wykorzystywać swój potencjał.

Ja bardzo bym chciał żebyśmy jak najszybciej z zespołem powrócili do Norwegii, ponieważ przyjechaliśmy tu dosłownie na chwilę. Chciałbym spędzić tutaj trochę czasu, zobaczyć Norwegię i pooddychać jej powietrzem. Zależy mi na tym, żeby poznać ludzi nawiązać współprace i wymienić doświadczenia. Dzięki temu jesteśmy w stanie, kiedy gramy koncerty zbliżyć się do ludzi miejscowych. Możemy polegać na ich wrażliwości i gościnności, szybko wnikamy w ich prawdziwe życie, nie musimy zachowywać się jak turyści. Bardzo lubię takie doświadczenia, ponieważ one uczą mnie prawdy o danym miejscu. Jeszcze tego nie przeżyłem w Norwegii a bym chciał. Po drugie zobaczyłem jak wygląda zima w Norwegii a chciałbym zobaczyć jak wygląda lato. Milo było by  tu wrócić na letni festiwal , niekoniecznie Jazzowy , zagrać porządny koncert dla wylegujących się na trawie Norwegów patrzących w niebo i dać im możliwość odlecieć przy naszej muzyce. Bardzo bym sobie tego życzył.

 

 

 

 

Reklama
Gość
Wyślij
Komentarze:
Od najnowszych
Od najstarszych
Od najnowszych


brzy dal

12-02-2013 20:10

...kali

wystepowal

jako support ?

Reklama
Facebook Messenger YouTube Instagram TikTok