Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.
„Polska to nie Norwegia”. Rodzice sześciolatków o tym, dlaczego w norweskiej szkole ich dzieci mają lepiej Edukacja
Hanna Jelec 27 sierpnia 2016
08:00

„Polska to nie Norwegia”. Rodzice sześciolatków o tym, dlaczego w norweskiej szkole ich dzieci mają lepiej

2
Skomentuj
W Polsce rok szkolny zaczynają siedmio- lub sześciolatki. W Norwegii do pierwszej klasy idą wyłącznie sześcioletnie dzieci, które obowiązkiem szkolnym objęte są tam od dawna fotolia.com - royalty free
Początek roku szkolnego – stres dla nauczycieli, rodziców, a przede wszystkim… pierwszoklasistów. Szczególnie tych sześcioletnich. Polscy rodzice co roku wyrażają swoją troskę o posyłanie do szkoły „zbyt małych” uczniów. W Norwegii, gdzie obowiązek szkolny od lat dotyczy sześciolatków, niewielu z nich widzi w tym problem. – Norweska szkoła jest bezstresowa, dzieci zwykle lubią tam chodzić – mówią. Co, ich zdaniem, decyduje o gotowości sześciolatków do podjęcia nauki w szkole?
Reklama
Przełom sierpnia i września to dla rodziców spore obciążenie. Wielu z nich wysyła swoje dzieci do szkoły po raz pierwszy.W Polsce rok szkolny zaczynają siedmio- lub sześciolatki. W Norwegii do pierwszej klasy idą wyłącznie sześcioletnie dzieci, które obowiązkiem szkolnym objęte są tam już od dawna. Jednak w przeciwieństwie do Polaków, Norwegowie do tematu podchodzą dość spokojnie. Na nasze pytania o kontrowersje wokół małych pierwszoklasistów reagują głównie zdziwieniem, bowiem norweska szkoła jawi im się nie jako źródło stresu i napięcia, a przyjemne miejsce, w którym nauka odbywa się głównie przez zabawę.

Dla Norwegów to norma

− Sześciolatki w szkole? Nie widzę w tym nic dziwnego. Po co czekać z edukacją? Moja córka radzi sobie świetnie, lubi swoich kolegów i nauczycieli. Czasami woli zostać w świetlicy zamiast wracać do domu − mówi Vilde, norweska mama małej Lisy.

Pan Maciej, Polak mieszkający w Norwegii, także nie rozumie polskich sporów wokół tematu. − To żaden problem, szkoły są gotowe na maluchy. Może to kwestia norweskiego podejścia, które naukę traktuje bezstresowo, ale wydaje mi się, że moje dzieciaki były i są na szkołę gotowe. Oczywiście, mieliśmy pewne obawy, ale chodziło bardziej o język, niż o gotowość do podjęcia nauki czy dojrzałość emocjonalną − tłumaczy. Norweską szkołę definiuje jako spokojne miejsce, w którym nauka sześciolatków odbywa się głównie przez zabawę.  

Pani Karolina, młoda mama mieszkająca pod Stavanger, swoje dzieci do szkoły wyśle dopiero za rok. Jednak już teraz cieszy się na tę możliwość.− Będę mieć więcej czasu dla siebie, odpocznę i, co najważniejsze, zyskam pewność, że dzieci w niczym „nie odstają”. Może to głupie, ale jako imigrantka czasem miewam takie obawy. Z tego co wiem, norweska szkoła to dobre miejsce. Nauczyciele otaczają uczniów opieką, poświęcają im dużo uwagi. W każdym razie na pewno jest tak w przedszkolach. Dlatego absolutnie nie martwi mnie wizja pierwszej klasy dla moich maluchów! − deklaruje. Na pytanie, czy uważa, że każdy sześciolatek jest gotowy do pójścia do szkoły, odpowiada: − Na pewno w Norwegii. W Polsce zależy to chyba od charakteru dziecka i podejścia nauczycieli.

Sześciolatki w polskich szkołach wciąż kontrowersyjne

Rodzice, którzy mieszkają w Polsce, do wizji posyłania sześciolatków do szkoły podchodzą z dużo większą dozą ostrożności. Według nowelizacji ustawy o oświacie z 2016 r. kształcenie w szkołach podstawowych nie ulegnie drastycznym zmianom − sześciolatki w dalszym ciągu nie muszą, ale mogą pójść do pierwszej klasy pod warunkiem odbycia rocznego przygotowania przedszkolnego. W efekcie tego podstawówki mają w pierwszych klasach zarówno siedmio-, jak i sześcioletnie dzieci. Niestety, według wielu rodziców, takie łączenie uczniów może być przyczyną niepowodzeń wielu maluchów.

To przede wszystkim nauczyciele powinni się dopasować do maluchów, a nie odwrotnie. Polscy pedagodzy nie są przygotowani do innego niż tradycyjny, skostniały system nauczania

Uwagi za niedojrzałość emocjonalną

Dobrym przykładem takiej sytuacji jest przypadek dzieci Pani Justyny, mamy Janka (10,5 l.) i Zuzi (6,5 l.), która posłała swoją dwójkę do szkoły, kiedy maluchy miały sześć lat − mimo że nie musiała. Choć kobieta zdecydowanie obala mit o nieprzygotowaniu placówek pod względem „technicznym”, w jej opinii sześciolatki w polskich szkołach to nietrafiony pomysł. Swój osąd opiera na historii, jaka przydarzyła się jej własnym pierwszoklasistom. Uważa, że problemem jej sześciolatków nie były złe warunki, lecz… niedojrzałość emocjonalna dzieci. 

O niewystarczającym przygotowaniu emocjonalnym sześciolatków najlepiej świadczy jej opowieść o młodszej córce, Zuzi. Dziewczynka, w świetle prawa sześcioletnia, poszła do pierwszej klasy ze swoim rocznikiem − pech chciał, że urodziła się parę dni przed końcem roku, a zatem w praktyce była o rok młodsza od swoich kolegów z ławki. Choć w przedszkolu miała opinie bardzo bystrego, rozgarniętego dziecka, na pierwszą klasę nie była jeszcze gotowa. − Problemy zaczęły się już piątego dnia w szkole. Zuzia zaczęła spędzać lekcje pod ławką, bo bojąc się pani, wolała się schować. A my dostawaliśmy „listy” w dzienniczku, z poleceniem zaznajomienia dziecka z zasadami panującymi w szkole. − relacjonuje.

Za młodzi na szkołę?

Podkreśla też, że sześcioletnie dzieci nie są też gotowe na „obowiązki” pierwszoklasisty. − Córka nie potrafiła jeszcze czytać, bo przecież zerówki nie mają prawa uczyć czytania i pisania, a tu nagle w pierwszej klasie trzeba wypełniać karty pracy − opowiada mama dziecka. Jak zauważa, uwagi nauczycielki były dla córki ogromną traumą. Dziewczynka straciła „wigor”, przestała się uśmiechać, a na niepowodzenia reagowała płaczem. − Zuzia zaczęła się po prostu buntować, bo jej nie wychodziło, a że ambitna, to bolało dwa razy bardziej. Była za mała, żeby wiedzieć, jak rozwiązać problem w inny sposób – wyjaśnia.

– Rok różnicy w tym wieku to przepaść. To rząd postanowił o zmianie systemu, my musimy się do tego dopasować. Jednak de facto pierwsza klasa spadła do poziomu dawnej zerówki. Dzieci dopiero co zmieniły środowisko z przedszkolnego na szkolne − tłumaczy mama Zuzi. Dodaje, że dla maluchów taka zmiana to „rewolucja”, dlatego z dziećmi trzeba postępować ostrożnie.

Wprowadzane są reformy, które wnoszą jedynie chaos i, niestety, szkodzą. I to przede wszystkim dzieciom, jak zwykle najmniejsi płacą najwyższą cenę

Nauczyciele nieprzygotowani na sześciolatków

Wielu rodziców życzyłoby sobie, by polscy nauczyciele mieli „bardziej norweskie” podejście do pierwszoklasistów. − To przede wszystkim nauczyciele powinni się dopasować do maluchów, a nie odwrotnie. Polscy pedagodzy nie są przygotowani do innego niż tradycyjny, skostniały system nauczania – mówi jedna z mam. A owy system bardzo różni się od norweskiego, gdzie stawia się przede wszystkim na bezstresową naukę i wsłuchiwanie się w potrzeby dzieci.  

Pani Karolina wspomina, że pierwszą rzeczą, jaka zdziwiła ją w Norwegii, było podejście przedszkolanek do wychowanków. – Kucały, kiedy rozmawiały z dziećmi, żeby znaleźć się na tym samym poziomie. Nauczyciele też nie chcą dominować, a z uwagi na zasady językowe każdy automatycznie jest tu na „ty”. Atmosfera w norweskim szkolnictwie ma być luźna, bez niepotrzebnych stresów. − Ale w Polsce dzieci mają się dopasować i już, mają siedzieć w ławkach cicho przez 45 minut – zauważa pani Justyna. Za porażkę swojej córki wini przede wszystkim rewolucję w systemie szkolnictwa. − Wprowadzane są reformy, które wnoszą jedynie chaos i, niestety, szkodzą. I to przede wszystkim dzieciom, jak zwykle najmniejsi płacą najwyższą cenę…

„Za parę lat może być tu druga Norwegia, na razie nie skorzystam”

Sprawę sześciolatków w pierwszej klasie doskonale podsumowuje pani Alicja, mama siedmiolatka, który uczy się w norweskiej szkole. − Nie ukrywajmy, jak na razie szkolnictwo polskie to nie Norwegia. Tam obowiązek szkolny dla sześciolatków to nie „świeża” sprawa a coś zupełnie normalnego. Mój syn chce tam wracać, naukę traktuje jak zabawę. „Pruski system” odszedł w zapomnienie, bo w Norwegii każdy liczy się ze zdaniem Krzysia. Syn nauczył się jasno definiować swoje potrzeby, rozwija się − mówi. Czy myśli, że w polskiej szkole byłoby inaczej? − Za parę lat może być tu druga Norwegia. Póki co z takiej możliwości bym nie skorzystała. Kosztowałoby mnie to za dużo stresu związanego z nauczycielami i sporem o reformy. A kłótnie wokół tematu, moim zdaniem, akurat nie wnoszą nic dobrego –dodaje.

Rodzice sześciolatków mieszkających w Norwegii widzą w szkolnych instytucjach głównie pomoc i przyjazną atmosferę. W Polsce mali pierwszoklasiści wciąż jawią się jako duży problem. Jednak jest nadzieja – wielu rodziców przekonuje, że kontrowersje budzi nie sama wizja dzieci w szkolnej ławce, a chaos związany z turbulencjami spowodowanymi reformą polskiego rządu. Czy niedługo staniemy się drugą „szkolną Norwegią”? Choć rodzice mieszkający zagranicą powątpiewają, wciąż jest nadzieja – placówki są przygotowane, a nauczyciele mają odpowiednie kompetencje. Wygląda na to, że wystarczy zmienić podejście do dzieci na nieco bardziej bezstresowe, „norweskie”.
Reklama
Gość
Wyślij
Komentarze:
Od najnowszych
Od najstarszych
Od najnowszych
Tedi :)
Tedi :) 28-08-2016 19:50

W Norwegii lepiej, jakis absurd. Poza pieniedzmi ktore tutaj zarabiamy, nie ma tu nic lepszego.

11
Odpowiedz
Zgłoś komentarz
Tomasz Lenartowicz
Tomasz Lenartowicz 28-08-2016 13:50

cytat:"Pruski system” odszedł w zapomnienie, bo w Norwegii każdy liczy się ze zdaniem Krzysia". System odszedł w zapomnienie a wraz z nim odeszły jakiekolwiek możliwości rozwoju technologicznego Norwegii. A co pozostało po likwidacji O&G? Pewnie odpowiedz zna Krzys?!

9
Odpowiedz
Zgłoś komentarz

Bliżej nas